strona główna mapa strony kontakt
 

Wspomnienia wigilijne

Okres Adwentu i zbliżające się Święta Bożego Narodzenia skłoniły mnie do pewnego rodzaju refleksji nad przeszłością, która miała różne strony, a przecież życie nasze nie jest usłane płatkami róż, bo są również i kolce.

Chciałbym podzielić się wspomnieniami o Wieczerzy Wigilijnej w mojej rodzinie sprzed 50-ciu laty. Wtedy dla mnie jako kilkulatka Święta Bożego Narodzenia były najważniejszymi ze świąt w ciągu roku, nie docierało do mojej świadomości, że ustępują miejsca świętom Wielkiej Nocy.

Mieszkaliśmy wówczas w Sosnówce (obecnie powiat bialski), a rodzice pracowali w szkolnictwie. Był niepisany zwyczaj, że Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy u dziadków w Łyniewie, gdzie się urodziłem, a Święta Wielkanocne u dziadków w Horodyszczu koło Chełma. Później zwyczaj ten uległ zmianie.

Gdy tylko zaczynały się ferie zimowe, przygotowywaliśmy dom do świąt a sami  szykowaliśmy się do podróży. Ustawiona choinka z drzewka sosnowego, oczywiście „ubrana” przeze mnie i mojego młodszego brata, pośpiesznie odrobione lekcje i oczekiwanie na wyjazd.

W dzień wigilijny przed południem przyjechał po nas dziadek z Łyniewa saniami tzw. zajdkami, a zimy były nie takie jak teraz. Opatuleni w kożuchy, które nam babcia dodatkowo przysłała jechaliśmy polnymi drogami przez Rozwadówkę wśród bieli śniegu, który potężną pierzyną przykrył pola i lasy. Wsłuchany w dźwięk dzwonków patrzyłem na buchająca parę z końskiego pyska i mrużyłem oczy przed kawałkami śniegu tryskających spod końskich kopyt. Podróż nie trwała długo, około 2 godzin, ale sanna i przesuwający się przed oczyma zimowy krajobraz wynagradzały szczypiący policzki i zatykający nos mróz. Do Łyniewa z czerwonymi buziakami i nosami dojechaliśmy szarówką. Do dziś mam przed oczyma czapy śniegu na dachach zabudowań i opłotków i przebijające się z trudem przez zamarznięte szyby światełka woskowych świeczek na choinkach a w nozdrzach czuję zapach racuchów smażonych na rzepakowym oleju.

Do domu dziadków wchodziło się przez kuźnię, bo dziadek był kowalem. Przy otwarciu drzwi powitał nas potężny kłąb pary i zmieszane zapachy przygotowywanych potraw wigilijnych. Po rozebraniu się, zabraliśmy się razem z cioteczną siostrą do „ubierania ” choinki, która czekała na nasz przyjazd. Ciocia wniosła duże pudło z ozdobami choinkowymi, które przy blasku lamp naftowych tzw. jedynastek nabrały niezwykłego blasku. Ozdoby choinkowe różniły się trochę od dzisiejszych. Oprócz bombek były łańcuszki z bibuły, papierowe jabłuszka i gruszeczki, aniołki, wydmuszki z jajek, orzechy i wiele innych. Pragnę nadmienić, że gromadzenie niezbędnych „akcesoriów” do wyrobu ozdób choinkowych zaczynało się już w miesiącu październiku. Zbierało się kolorowe papierki, tzw. „pazłotka” po cukierkach i czekoladach, gromadziło się kolorowe bibułki gładkie i karbowane. Kto żył w tamtych latach pamięta jaki był problem z ich pozyskaniem. Ze słomą zaś nie było problemu, bo mieszkaliśmy na wsi. Ponieważ w Łyniewie nie było jeszcze elektryczności więc na choince mocowało się woskowe świeczki w specjalnych uchwytach. Na gałązkach oprócz ozdób i „anielskich włosów” rozkładano miejscami kawałeczki waty, które miały symbolizować śnieg. Na wierzchołku choinki mocowany był tzw. czub. Nim dzieciarnia tzn. my zdążyliśmy „ ubrać” choinkę, rodzice nasi z dziadkami zdążyli przygotować potrawy i stół do Wieczerzy Wigilijnej, a dziadek ustawił w kącie domu snop zboża „ co by temu domowi dobrze się działo ”. Mogliśmy już spokojnie chuchając na zamarznięte szyby w oknach „robić” małe otworki i wypatrywać pierwszej gwiazdki na niebie. Gdy tylko zabłysła można było zasiadać do stołu.

Stół jak w każdym polskim domu w tym dniu był przykryty białym lnianym obrusem, pod nim zaś rozłożone sianko symbolizujące miejsce w którym narodził się Chrystus Pan Zbawiciel. A potraw miało być dwanaście. Na honorowym miejscu na stole na talerzu kładziono opłatki- symbol miłości, pojednania i przebaczenia. Były białe i kolorowe. Kolorowe przeznaczone dla zwierząt dziadek zanosił do stajni i obory . Świeczki woskowe zapalali starsi domownicy ze względu na możliwość zapalenia się papierowych ozdób i całej choinki. A takie przypadki zdarzały się często.

Wieczerzę rozpoczęła wspólna modlitwa, następnie odczytano wskazaną część z Pisma św. o Narodzeniu Chrystusa. Po modlitwach dziadkowie rozdali opłatki, a my dzieląc się nimi ze wszystkimi składaliśmy sobie życzenia, zerkając pod choinkę czy czasem nie było św. Mikołaja. Uważaliśmy, że prezenty przynosi św. Mikołaj a nie Gwiazdka. Do stołu zasiadło nas 9 osób, ale nakryć było 10. Jedno wolne dla niezpowiedzianego gościa. Po odśpiewaniu kolędy „Wśród nocnej ciszy” można było dobrać się do jedzenia. A potrawy wigilijne nie były tak wymyślne jak dzisiaj. Królował karp smażony, karp w galarecie, były racuchy, pierogi z kapustą i grzybami, śledź, barszcz czerwony, kluski z makiem, kisiel gryczany, kompot z suszu, bigos wigilijny, borowiki smażone, pieczywo, olej rzepakowy.

Nie wolno było wstać od stołu dopóty, dopóki nie spróbowało się każdej potrawy i nie zezwolili na to rodzice. Różnie było z tym próbowaniem, bo tak jak i obecne dzieci bardziej interesowały nas paczki pod choinką niż jedzenie. Mimo częstego zerkania pod choinkę nie widzieliśmy kiedy znalazły się tam paczki. Tylko starsza siostra cioteczna dziwnie się uśmiechała i mówiła, że gdy próbowaliśmy którejś z kolei potrawy widziała jak poruszyła się choinka. To pewnie wtedy Mikołaj podrzucił paczki. W czasie gdy rozpakowywaliśmy otrzymane prezenty zebrani przy stole śpiewali kolędy „ Bóg się rodzi, Lulajże Jezuniu , Ach ubogi w żłobie ”, i wiele innych. A prezenty też były inne i uboższe. Były upragnione pomarańcze ( w ciągu roku nie do zdobycia) , słodycze, skarpetki wełniane ręcznej roboty, i skurzane buty z żabkami do łyżew. Radość w sercach z takich darów nie była mniejsza niż u dzieci obecnie z otrzymania upragnionego prezentu, z tą jednak różnicą że nie było się tak wybrednym jak teraz i cieszyło się ze wszystkiego. Przyznam się szczerze, że też pisałem list do św. Mikołaja o buty do łyżew, a on spełnił moje marzenie. Na Pasterkę do Wisznic oddalonych około 5 km. nie poszliśmy, bo przy lampach naftowych dzieci wcześnie robiły się senne. Gdy jeszcze były śpiewane kolędy myśmy już smacznie spali na rozsuwanych łóżkach na siennikach wypchanych świeżą słomą.

Wersja do druku
 
Zdjęcie losowe
Jesienne klimaty
Pogodynka